Relacja Krzysztofa Skuteli z wyprawy do Maroka -Maroko – Brama Afryki, z października 2011r.

Jest rok 1432 według kalendarza Islamu. Powiewają czerwone marokańskie flagi i ich zielone gwiazdy. Jesteśmy w Tetuanie. To już prawie koniec naszej wyprawy. Przedostatnia medina, którą widzimy, tym razem bielsza, swą mellah, czyli dzielnicą żydowską, kolejny raz przypomina o wielokulturowym dziedzictwie Maroka. To, co jest żywe w tym kraju, to przede wszystkim kultura arabska, Islam i wdzierająca się nowoczesność w swej przede wszystkim europejskiej formie. Ale spod tego wszystkiego co chwila wyłania się przypominająca o sobie przeszłość: pochodzenie Berberów z Jemenu, a może z Czarnej Afryki, fenickie groby, kartagińskie osady, rzymskie ruiny, muzyka gnawa znad Zatoki Gwinejskiej, portugalskie miasta-fortece, sefardyjskie synagogi, hiszpańskie i francuskie kościoły, amerykańska ambasada – pierwsza na świecie. To bogate dziedzictwo napotykamy w Casablance i Rabacie, w El Jadidzie i Essaouirze, w Marrakeszu i Fezie, w górach Wysokiego Atlasu i na Saharze, w Meknes, Volubilis, Mulaj Idriss, w Tangerze i Tetuanie właśnie. Tak więc wielu potrzeba kluczy, by otworzyć tę bramę, którą nazywamy Marokiem. Dla Europejczyka to, co dalej niż Maroko, to już z reguły tylko i aż dzika oraz tajemnicza Afryka.

Medina to jedno ze słów – kluczy do zrozumienia Maroka. Powiedzmy stare miasto – w Fezie aż z IX wieku – ufortyfikowane, podzielone na derby – dzielnice, z której każda powinna posiadać swój meczet, medresę (koraniczną szkołę), hammam (łaźnię), piekarnię, fontannę, z której się czerpie wodę. Po medinach chodzi się wąskimi, krętymi uliczkami i próbuje przyzwyczaić do tych wszystkich zapachów, które niesie powietrze: warzyw, owoców, mięs (czasem są to głowy kozłów leżących na ziemi), zapachów przygotowywanych na uliczkach posiłków i dziesiątków magicznych przypraw oraz przeróżnej maści specyfików. W medinach znajdziemy suki, czyli targowiska, kompleksy straganów, z najróżniejszymi produktami. Najczęściej odwiedzane są oczywiście te spożywcze, te z pamiątkami, ze skórami, z drewnem, biżuterią, ceramiką, dywanami, z narzędziami codziennego użytku. Mediny zabudowane są szczelnie – od strony uliczek prawie żadnych okien – ale gdy się wejdzie do wewnątrz jakiegoś budynku, to z reguły otwiera się przed nami świetlisty dziedziniec: wykładany zellidżem, czyli mozaiką ceramicznych kafli, z fontanną lub ujęciem wody pośrodku. Na ten dziedziniec skierowane są okna i drzwi tego, co dokoła. Na tym dziedzińcu się odpoczywa, modli, rozmawia, stąd wyrusza się w świat mediny.

Białe miasta znajdują się na północy Maroka, Marrakesz to już miasto czerwone. Takiego koloru jest budulec i otoczenie dróg w pustkowiach wzgórz, gór, spalonej ziemi, pól piachu i żwiru, kamieni i pojedynczych krzewów. Żółć, pomarańcz, czerwień. Czerwonego koloru są też legendy, że to krew splamiła południe. Rody walcząc ze sobą oraz broniąc się przed nomadami pustyni musiały raz po razie się fortyfikować. Dlatego kasba, ewentualnie ksar, to kolejne słowa – klucze, którymi się należy posłużyć. Obronne fortece, cytadele, wsie, miasteczka na wzgórzach lub ponad pasami zieleni w dolinach rzek – tak najogólniej opisać możemy to, co słowa te oznaczają. Piasek, żwir, kamienie, słoma, wapno, woda służą by zbudować kasbę. W żarze słońca wznoszą się one dumnie na południu kraju. Ale gdy przychodzą ulewne deszcze – raz na kilkanaście lub kilkadziesiąt lat – kasby się rozpadają, rozsypują, rozpływają. Niektóre się odbudowuje, niektóre majaczą pośród piasku i skał jak nadłamane zęby minionego czasu. Południe jest zatem spalone, otoczone górami Wysokiego Atlasu, Antyatlasu i Saharą, w dolinach wiją się pasy soczyście zielonych ogrodów oaz, gajów palmowych, w których uprawia się również kukurydzę, oliwki, figi, agawy, hennę. I pośród tego właśnie odnajdujemy kasby, w których Berberowie spędzają nieraz całe swoje życie. Z południa Maroka wraca się tym samym jak z kosmosu, z międzygwiezdnej wyprawy poza znaną nam cywilizację w baśń tysiąca i jednej nocy, gwiazdy, kasby.

Na koniec napijmy się miętowej herbaty, mocno posłodzonej, ze świeżo zerwanych liści. Ta herbata łączy południe z północą, jest wspólną tradycją wytworzoną na bazie handlu z Europą: z portu w Casablance w XIX wieku do portów brytyjskich wypływały statki pełne wełny – w zamian przypływała herbata. Tym samym dzisiaj w małych szklaneczkach zieloną herbatę miesza się ze wspomnianymi liśćmi mięty i pije, sączy, delektuje się nią. Można przy okazji rozmawiać, można medytować, można oglądać mecze hiszpańskiej ekstraklasy, można obserwować uliczny ruch, przechodniów, handlowe transakcje, poczuć niespieszny dynamizm świata i mijający czas w krajach Maghrebu. Tak też się czyni w Maroko w rozlicznych kafeteriach, restauracjach, barach – tak czynią przede wszystkim mężczyźni – tak też czynimy my, goście ze spieszącej się gdzieś stale Europy. Do herbaty można zjeść tadżin, czyli narodową potrawę, gulasz z warzywami w bajkowych, stożkowatych naczyniach o tej samej nazwie, można zjeść marokańską sałatkę lub też coś niezwykle słodkiego, na przykład rogi gazeli … ale to kolejna historia i jeszcze kilka innych słów – kluczy, które warto odnaleźć wyruszając ku bramom Afryki. I ku bramom chyba jeszcze czegoś więcej.

Krzysztof Skutela






POWIązane WYprawy

Jedno oko na Maroko

Wycieczka z Klubem Namaste do najpiękniejszych miejsc Maroka

szczegóły oferty

15 dni: 28 września - 12 października 2019  |  Cena: 3.600 zł + 630 EUR

Maroko – Trekking na Dżabal Toubkal

Trekking z Klubem Namaste na najwyższy szczyt Maroka

szczegóły oferty

8 dni:   |  Cena: 3.300 zł + 380 EUR

x