Kawa, cygara, Fidel, rum i rewolucja – to pierwsze przychodzi do głowy, gdy pomyśli się o Kubie. Ale Kuba to coś więcej! Nikt, kto szuka aktywnego wypoczynku oraz ciekawych doświadczeń nie będzie Kubą zawiedziony. Czego można się tutaj spodziewać? Dosłownie wszystkiego – niesamowitych budynków, pięknych i tych zniszczonych, podupadłych, niezwykłej roślinności, krzewów, palm, kwiatów i mydła (bo na Kubie mydło może być rośliną ), pysznych owoców, zapachu czekolady, kokosów (na szczęście nie spadających na głowy), gór, rzek, zatopionych mostów, rajskich plaż, bogactwa kolorów, kartek na żywność i na internet (!), innowacyjności i zaradności Kubańczyków, ich rękodzieł, śladów Hemingway’a,  jeżdżących „zabytków”, a przede wszystkim tego czym ciągle jeszcze żyje Kuba – rewolucji widocznej na każdym kroku. Jeśli dodać do tego świetną ekipę oraz rewelacyjnego pilota – Piotra Orechwo – to wyprawa pełna wrażeń gwarantowana.

Początek – Hawana – na lotnisku kolejka przed kantorem, pierwsze doświadczenia transportowe, kilka Fiatów 125 na drodze, palmy, słońce… I już uśmiech na twarzy! Pierwszy wieczór na Maleconie… Swoboda, muzyka, taniec, zabawa na ulicach – to wszystko pozwala się zrelaksować i poddać kubańskiemu klimatowi, by tanecznym krokiem rozpocząć zwiedzanie. Sama Hawana jest pełna sprzeczności – Stare Miasto, nowoczesne Vedado, zupełnie inna dzielnica La Regla – uderzyły nas wszechobecne kontrasty, kolorystyka domów, ich dobry, ale też często bardzo zły stan, ich zapraszające do posiedzenia na fotelach bujanych ganki. Ludzie przed domami, z obwoźnym handlem owocowo-warzywnym, szamanki, ludzie ubrani w całości na biało, mnóstwo bransoletek, rzeźb i innych rękodzieł. Co uderza najbardziej? Sklepy świecące pustkami, długie kolejki po towar rzucony na ladę, karty dostępu do internetu, czy świadomość, że prywatna przedsiębiorczość jest na Kubie możliwa dopiero od 2011 roku. Casas particulares czy paladares to tylko jedne z przykładów przedsiębiorczości Kubańczyków. Z ciekawych miejsc – La Punta i El Morro, Katedra, ulica Obispo czy Prado, Plac Rewolucji, Muzeum Rumu, Cmentarz Kolumba… długo by wymieniać! Inna rzecz – na ulicach „prawie” same zabytkowe samochody, aż dziw bierze, że jeszcze jeżdżą! Założę się, że większość z nich nie przeszłaby badań technicznych w Europie. Furorę robił biały kabriolet w różowe kropki, ale na nasze nieszczęście zanim zdążyliśmy go sfotografować niestety się zepsuł A do tego inne środki transportu, Coco Taxi –  dosłownie, jeżdżący żółty niby kokos. Spacery po Prado czy Malecon szybko weszły nam w krew, niczym rodowitym Kubańczykom!

Gdy już mieliśmy wrażenie, że nic nas bardziej nie zachwyci, wyjechaliśmy poza Hawanę i rozpoczęliśmy trasę po wyspie. Najpierw Viñales, w Dolinie Tytoniowej, gdzie skupiliśmy się na poznaniu tajników produkcji cygar. Teraz już wiemy czyje ręce są za to odpowiedzialne i na pewno nie są to tylko piękne Kubanki. Mieliśmy też okazję posmakować wyjątkowych cygar, z aromatem wanilii, zanurzonych przed zapaleniem w miodzie. Nawet gdy nie jest się fanem palenia, te cygara warto skosztować! Dolina ma ogrom do zaoferowania, dla pieszych, rowerzystów (uwaga – tutaj to sport prawie ekstremalny), czy wielbicieli jazdy konnej. My wybraliśmy rowery, aby dojechać do dwóch ważnych miejsc: Jaskini Indian i do Muralu. Oba zachwycające i warte każdego przejechanego kilometra! W Viñles jest gdzie połazić czy poszwendać się po okolicy. Ale chyba najlepsze było spędzanie wieczorów na dachu naszej casy: relaks, poczucie oddalenia od cywilizacji i całkowitego wyciszenia się, wspaniały widok, zachodzące słońce i możliwość obserwacji tubylców. Swoją drogą, to tutaj, pierwszy raz widzieliśmy konny parking dla mieszkańców. Bardzo ciekawy wynalazek!

Po Dolinie Tytoniowej na naszej trasie znalazły się trzy miasta: Cienfuegos, Trynidad i Camagüey. Każde inne pod kątem architektury, klimatu czy możliwych atrakcji. Niewątpliwie mają jedną cechę wspólną – nie sposób ich nie pokochać! Perła Południa, czyli Cienfuegos – i niesamowita architektura kolonialna. Spacer nadmorską promenadą, budynek za budynkiem podziwialiśmy piękną architekturę, nie patrząc nawet pod nogi, bo wokół tyle do zobaczenia! Po raz kolejny dziękowałam w duchu wynalazcy aparatu cyfrowego, bo jakbym miała klisze używać to potrzebne byłyby ich tony! Skorzystaliśmy też z faktu, że jest tu jeden z ważniejszych portów płynąc po Zatoce i podziwiając miasto z innej perspektywy. Po drodze odwiedziliśmy Ogród Botaniczny – bambusy, palmy, cudowne kwiaty, których kolor i kształt jest niespotykany, nasiona służące za mydło… Niby tylko flora Kuby, jednak bogactwo, odporność oraz możliwość wykorzystania wielu z nich w praktyce zadziwia każdego. Mieliśmy duże szczęście mogąc zobaczyć kwitnącą raz w swoim życiu palmę!

W ten sposób nadszedł czas na Trinidad, ze starówką wpisaną na listę UNESCO. Ale nie jest to zaskakujący fakt – nazwa skansen pod gołym niebem jest tu bardzo adekwatna. Zaczynając od historycznego Plaza Mayor, brukowych uliczek, pastelowych domów, zdobionych balkonów i okiennic, tubylców na spacerach ze swoimi kanarkami, czy La Canchánchara – wszystko wzbudza zachwyt! Miasto ma niesamowity klimat, ulicznych muzyków czy okazję do tańczenia salsy można tu spotkać na każdym kroku, a może raczej na schodach. Było to również nasze pierwsze doświadczenie taneczne podczas tej wyprawy! Pokazy na żywo, ekspresja tancerzy, ruch, gibkość czy niesamowite pokazy z udziałem węża zapewniły nam niezapomniane wrażenia! Nie wspominając już o siedzeniu na schodach na Plaza Mayor i prywatnym show muzycznym. Valle de los Ingenios była kolejnym punktem naszej trasy – historyczny teren uprawy trzciny cukrowej z dzwonnicą, która służyła obserwacji niewolników przy pracy. Mieliśmy okazję podziwiać również rezydencję plantatora, z którym związane są bardzo ciekawe historie, takie z trucizną i bogacącą się wdową w tle. O ile w dolinie z wieży, roztaczały się piękne widoki na prostą i łatwą do ogranięcia okiem dolinę, o tyle w następnym mieście, zgubić się można było bardzo łatwo. Camagüey powitało nas plątaniną tysiąca ulic, domami w barwach tęczy, lokalnym rowerowym GPS (jadący przed nami człowiek na rowerze = lokalny GPS) i nieco innym układem miasta służącym ochronie mieszkańców. Zachwycające są zabytki na Starym Mieście, opera, katedra czy współczesne rzeźby lokalnej artystki. Znowu – niesamowity klimat, urocze ulice, place  zachęcające do spacerów oraz zwykłego posiedzenia przy zimnym piwie i obserwowania codziennego życia lokalnych mieszkańców.

Dalej mogło być już tylko lepiej. Bayamo, miejsce narodzenia hymnu kubańskiego La Bayamesa, z pięknym placem centralnym, na którym znajduje się pomnik Carlosa Manuela Céspedesa, plantatora, który darował wolność swoim niewolnikom; El Cobre z sanktuarium Virgen de la Caridad del Cobre przyciągającym miliony pielgrzymów. To tutaj mszę odprawiał św. Jan Paweł II gdy podróżował po Kubie. Następnie wizyta na historycznej plantacji kawy i zapoznanie się z tajnikami jej uprawy i produkcji. Ciekawostka – ważną rolę odgrywały tu koty. Santiago de Cuba, pierwsza stolica wyspy, znów nas wprowadziła w cywilizację miejską… Ale za to jak ważną historycznie! Tutaj zwiedziliśmy koszary Moncada, gdzie wszystko się zaczęło, a na pewno przygoda Fidela z rewolucją, siedzibę Diego Velazqueza, pierwszego gubernatora Kuby, cmentarz, gdzie pochowany jest Fidel, i wiele innych… Na naszej trasie nie mogło zabraknąć Guantanamo, w końcu być na Kubie i nie zobaczyć nawet z daleka słynnej bazy wojska amerykańskiego, to jak pić gorzką kawę – zupełnie bez sensu Z Diego Velazquezem związane jest też miasteczko Baracoa, gdyż to on był jego założycielem. Miasto było kiedyś zamieszkane, jak się dowiedzieliśmy, przez potomków Indian Taino. Tutaj też wylądował Krzysztof Kolumb w swoich morskich podróżach i postawił krzyż, który teraz znajduje się w katedrze na głównym placu.  El Yunque, port, rzeka Toa, Yumuri, plantacje kawy, kakao czy plaże z koralowcem to tylko nieliczne atrakcje, ale słodkie i pyszne! W życiu nie wypiłam tyle gorącej czekolady na śniadanie, jednak tutaj to obowiązek każdego turysty.

W ten sposób dotarliśmy do wschodniej części wyspy i pora była wracać w kierunku stolicy. Po drodze jednak najważniejsza atrakcja – plażowanie na Cayo Coco. Powiem tylko tyle – rajsko, błękitnie i cudnie! Każda minuta warta późniejszej czerwoności na skórze. Zanim jednak dotarliśmy do Hawany, zwiedziliśmy jeszcze Santa Clarę, miasto pełne Che Guevary. Tutaj znajduje się jego mauzoleum, z ogromnym pomnikiem, gdzie czytamy “Hasta la Victoria Siempre”, monument pociągu i buldożera. Dla niewtajemniczonych chodzi o zwycięstwo rewolucji i zasługi Che Guevary właśnie.
I tak wróciliśmy do Hawany – zmęczeni, zachwyceni, spragnieni by zostać jeszcze dłużej! Ostatni dzień kierowaliśmy się śladami Hemingway’a, aby zobaczyć, co tak pisarza zachwycało na wsypie i zachęcało do ciągłych powrotów. Wcale się mu nie dziwię – mogłabym w jego rezydencji nawet gdzieś w namiocie zamieszkać.

O Kubie trudno pisać, bo ciągle można używać tych samych przymiotników – niezwykła, niesamowita, cudowna, klimatyczna, pełna uroku, piękna, słoneczna… Tu należy po prostu przyjechać i na własne oczy zobaczyć to co udało się nam zwiedzić. Dlatego każdy z naszej grupy zapytany po powrocie, co się najbardziej nam podobało odpowiada: WSZYSTKO! Trudno wybrać jedną rzecz, jedno miasto czy budynek.
Udanych wypraw życzy grupa z marca 2017!

Katarzyna Gapska






POWIązane WYprawy

Kuba bez cenzury

Niezwykła wycieczka od Hawany przez prawie całą Kubę

szczegóły oferty

20 dni: 22 października - 10 listopada 2019  |  Cena: 6.850 zł + 810 EUR brak miejsc

20 dni: 29 listopada - 18 grudnia 2019  |  Cena: 6.850 zł + 810 EUR

Wycieczka Cuba Libre – podróż i wypoczynek

Wycieczka

szczegóły oferty

17dni: program na zamówienie  |  Cena: 6.100 zł + 770 EUR

x