Po miłym, choć trwającym 14 godzin locie wylądowaliśmy po południowej stronie naszego globu – w Buenos Aires. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy na zwiedzanie tej ciekawej i momentami wręcz imponującej stolicy Argentyny. Zaczęliśmy od przejazdu miejscowym autobusem do dzielnicy La Boca, skąd według niektórych wywodzi się zmysłowe tango. Spacer po kolorowych uliczkach i przyglądanie się licznym straganom, uzmysłowiły nam, że znajdujemy się w kraju, a nawet mieście papieża Franciszka. Jego podobizny zerkały na nas z większości straganów, a jedna duża, plastikowa rzeźba zapraszała na obiad do tutejszej restauracji. Tym razem nie skorzystaliśmy z zaproszenia, a zamiast tego skierowaliśmy nasze kroki do zakładu mechaniki pojazdowej, gdzie w zakamuflowanym okienku kupiliśmy bilety na kolejny autobus do dzielincy San Telmo. Po krótkim spacerze i zapoznaniu się z historią tego miejsca, tym razem zdecydowaliśmy się już zasiąść do obiadu, na jednym z zacienionych Jacarandami placyku. Ci z nas, którzy nie zdecydowali się wkroczyć na ścieżkę wegetariańską, nie mogli sobie odmówić zamówienia imponującego wołowego steku. Do tego sałatka i bardzo smaczne argentyńskie wino. Wybór okazał się być trafny. Po pysznym i obfitym obiedzie wróciliśmy do hostelu spacerem, odwiedzając po drodze bardzo ciekawą, nowoczesną dzielnicę Puerto Madero. Jest ona doskonałym przykładem tego, jak można w sposób elegancki rewitalizować stare magazyny oraz okolice dawnych doków.

Kolejnego dnia urządziliśmy długi spacer po centrum Buenos Aires, rozpoczynając od Placu Majowego i Katedry. Poprzez pełną spacerowiczów i straganów uliczkę Florida dotarliśmy na Plac San Martina, na środku którego znajduje się ogromny pomnik tego bohatera Argentyny. W drodze do eleganckiej Recolety, natrafiliśmy na niecodzienne wyzwanie: przejście przez ulicę 9 de Julio – uważaną za najszerszą ulicę świata. Zatrzymując się kilka razy na światłach, w końcu nam to się udało. Na jednym z najciekawszych cmentarzy Buenos Aires, chwilę podumaliśmy nad zawiłą historią kraju przy grobowcu rodzinnym Evity Peron. Po odwiedzeniu Muzeum Narodowego, który zachwycił nas ciekawą kolekcją obrazów, rzuciliśmy okiem na imponujący budynek Kongresu, po czym zeszliśmy pod ziemię, aby skorzystać z metra. Dzień był bardzo owocny i ciekawy.

Kolejne dni przyniosły zdecydowaną zmianę otoczenia. Po kilkugodzinnym locie samolotem, wylądowaliśmy w okolicach interesujących nas parków narodowych. Najpierw wybraliśmy się na rejs katamaranem do Parku Narodowego Lodowców Los Glaciares. Podpływaliśmy prawie pod same czoła  lodowców, majestatycznie spływających z wysokich Andów. Ze względu na swój ogrom, robiły one na wszystkich wielkie wrażenie. Niewątpliwie najciekawszym lodowcem był Perrito Moreno, przy którym spędziliśmy kilka godzin również  następnego dnia, słuchając groźnych pomruków lodowca, kiedy z ogromnym hukiem obrywały się kolejne zwały lodu i z kilkudziesięciu metrów spadały do wody.

Kolejne dwa dni, to niezapomniane całodniowe trekkingi pod jedne z najbardziej charakterystycznych szczytów ameryki południowej: Cerro Torre oraz Fitz Roy. Trasy wiodące pod każdy z tych szczytów, były bardzo ciekawe i niezwykle urozmaicone pod względem widokowym. Po drodze mijaliśmy piękne jeziorka, rzeki, kaniony, strumyki. Wodę do picia można było czerpać prosto z krystalicznie czystych rzek i strumyków. Po drodze udało nam się wypatrzeć kilka majestatycznie krążących nad nami kondorów. Co więcej, odkryliśmy dwa gniazda tych królewskich ptaków, choć zawieszone wysoko na skałach, to jednak dające się dostrzec przez lornetkę. Byliśmy niezwykle dumni z tego odkrycia!

Kolejnym, ważnym miejscem na naszej trasie, był Park Narodowy Torres del Paine. Jadąc do niego lokalnym autobusem, pejzaż przypominający argentyńską pampę, urozmaicały pasące się guanako i strusie nandu. Po krótkich przygotowaniach do trekkingu w Puerto Natales, ruszyliśmy na spotkanie z przygodą! Planowaliśmy spędzić w Parku okołu 6 dni i aby być niezależnymi od panujących warunków i ilości ludzi, zabieraliśmy ze sobą namioty i cały sprzęt potrzebny do wygodnego biwakowania. Najpierw dwoma autobusami a potem już na własnych nogach ruszyliśmy w trasę. Pierwszy etap to dosyć trudne podejście, po pokonaniu którego dotarliśmy do pierwszego obozu. Stamtąd, jako że było jeszcze dosyć wcześnie ruszyliśmy do punktu widokowego na osławione Torres del Paine. Kiedy po kilku godzinach marszu dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy wspaniały widok na potężne, granitowe wieże, których dolne partie pokryte były czapą lodowca. Z lodowca tego, licznymi wąskimi strumykami spływała woda, tworząc u jego stóp malownicze jezioro. Miejsce było naprawdę urzekające. Kolejne dni mijały na eksploracji kolejnych dolin Parku Narodowego i poza drugim dniem, kiedy trochę popadało, na szczęście pogoda nam sprzyjała.

Kiedy dotarliśmy do Punta Arenas, leżącego nad Cieśniną Magellana, postanowiliśmy dać sobie odrobinę luksusu i zamieszkaliśmy w niezwykle przytulnym i całkiem eleganckim hoteliku. Była to miła odmiana, po trudach i niewygodach wspaniałego, choć mimo wszystko dosyć trudnego trekkingu. Tutaj, wybraliśmy się na rejs po cieśninie, aby przyglądać się przede wszystkim wielce pociesznym zwierzakom – pingwinom. Kiedy dotarliśmy na wyspę Magdaleny, przywitały nas radosnymi okrzykami tysiące Pingwinów magellańskich. Mogliśmy chodzić między nimi, przyglądając się temu jak wyglądają, jak się zachowują, jak śmiesznie chodzą… Na sąsiedniej wyspie Świętej Marty podziwialiśmy kolonie uchatek patagońskich, popularnie zwanych lwami morskimi. A nad nimi, na wysokim klifie, dostrzegliśmy tysiące biało-czarnych kormoranów, które z daleka przypominały pingwiny (jednakże pingwiny jako nieloty, nigdy nie dostałyby się na tak wysoki i niedostępny klif).

Po kilkunastu godzinach podróży autobusem i przepłynięciu promem Cieśniny Magellana, dotarliśmy „na koniec świata”, do Ushuaia, które szczyci się mianem położonego najdalej na południe miasta świata. Niewątpliwie, jest ono najważniejsza bazą, z której ruszają statki na podbój niegościnnych i dalekich lodowców Antarktyki. Zresztą atmosferę wypraw podbiegunowych czuło się tu prawie wszędzie, a szczególnie w porcie z którego ruszyliśmy na rejs po kanale Beagle. Udało nam się wynająć niewielką łódź, którą podpływaliśmy blisko wysp, przyglądając się ptactwu i licznym tutaj uchatkom. Podczas tego rejsu, na naszych oczach rozegrała się przyrodnicza tragedia. Banda ogromnych petrelców olbrzymich zaatakowała w wodzie młodego kormorana. Mimo bohaterskiej postawy, inna kategoria wagowa spowodowała, że mały kormoranik powoli zaczynał opadać z sił, zbierając coraz większe cięgi od wyrośniętych przeciwników. Kiedy dostrzegł to nasz kapitan, szybko skierował łódź w stronę tej jatki i ku naszej radości dokonał niewielkiej ingerencji w naturę. Duże ptaszyska wystraszyły się łodzi, co dało szanse małemu kormoranowi dopłynąć do pobliskiej wyspy, na której skalnym brzegu się schronił. Ufff, uratowaliśmy, przynajmniej czasowo, biedaczka.

Kolejny dzień przeznaczyliśmy na całodzienny spacer po Parku Narodowym Ziemi Ognistej. Początkowo trasa wiodła wzdłuż ślicznej zatoki, od czasu do czasu zanurzając się w nadbrzeżne lasy bukanowe. I pomimo że kiedy ruszaliśmy świeciło piękne słońce, a na niebie nie było ani jednej chmurki, po niedługim czasie zaczął padać deszcz. Ale i tę zmianę przywitaliśmy z radością. Wszak Patagonia, to miejsce gdzie w ciągu jednego dnia, mogą się zdarzyć cztery pory roku. Dobrze doświadczyć i tego. Tym bardziej, że deszcz trwał bardzo krótko, a zakończył się prześliczną tęczą, która powstała dokładnie na wprost nas, jakby na zamówienie. Maszerowaliśmy dalej, mijając po drodze urokliwe jeziorka, podpatrując liczne ptactwo a w końcu spotykając lisy patagońskie, które prosiły nas o kanapkę. Tym razem nie ingerowaliśmy w przyrodę i kanapkami się nie podzieliliśmy.

Ostatnie chwile w Ushuaia spędziliśmy na lodowcu Martial, do którego dotarliśmy… wyciągiem krzesełkowym. Widoki, pomimo padającego śniegu były imponujące. W drogę powrotną, nie mogąc znieść 10 min. siedząc na krzesełkach, udaliśmy się pieszo. Co ciekawe, tego samego dnia, kilka godzin po naszym powrocie do hostelu, miała miejsce awaria prądu w całym mieście. Przerwa trwała około godziny. Następnego dnia dowiedzieliśmy się z gazet, że ci co siedzieli wtedy na krzesełkach wyciągu, musieli czekać na ratunek znacznie dłużej. Powracający prąd spowodował bowiem awarię systemu elektrycznego wyciągu i kilkanaście osób było ratowanych z przez strażaków jeszcze przez wiele godzin. Ta przygoda ominęła nas zaledwie o kilka godzin…

Na koniec wyprawy „na koniec świata” postanowiliśmy się trochę ogrzać i udaliśmy się do Montevideo – stolicy Urugwaju, które przywitało nas gorącym słońcem i zielonymi platanami na uliczkach starego miasta. Stąd zrobiliśmy wypad do Colonia del Sacramento – miasteczka, którego starówka została wpisana na listę dziedzictwa Unesco. Dawna kolonia portugalska, hiszpańska a przez chwilę nawet brytyjska, zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie. Spacerując niespiesznie po brukowanych uliczkach Colonii, zagłębialiśmy się w historię tego miejsca, jak i cieszyliśmy oczy piękną architekturą oraz kolorowo kwitnącymi bugenwillami i hibiskusami.

Po miesiącu podróży, poprzez Buenos Aires, Amsterdam i Berlin, szczęśliwi, zdrowi i zadowoleni powróciliśmy do swoich domów, aby z bliskimi przy yerba mate, wspominać przeżyte przygody na końcu świata.

Piotr Orechwo






POWIązane WYprawy

Patagonia południowa i Ziemia Ognista w Chile i Argentynie

Lato w Patagonii to najlepszy czas na trekking po Andach

szczegóły oferty

26 dni: 8 lutego - 4 marca 2020  |  Cena: 5.200 zł + 1.550 USD + bilet lotniczy; brak miejsc

26 dni: 1 - 26 marca 2020  |  Cena: 5.200 zł + 1.550 USD + bilet lotniczy

Patagonia i Ziemia Ognista w Chile i Argentynie oraz Urugwaj – Wyprawa na koniec świata

Wiosna w Patagonii to najlepszy czas na obserwacje zwierząt

szczegóły oferty

24 dni: 7 - 30 listopada 2020  |  Cena: 6.500 zł + 1.650 USD + bilet lotniczy

x